Codziennie rano Piotr Kuczyński komentuje wybrane wydarzenia z rynków finansowych
Kategorie: Wszystkie | Komentarze | Linki
RSS
poniedziałek, 23 lutego 2009
Rząd USA interweniuje słownie na rynku akcji
Po czwartkowej sesji indeksy w USA stały nad przepaścią, bo doszły do linii szyi 12. letniej formacji podwójnego szczytu. Poza tym indeks S&P 500 miał już tylko niecałe 5 procent do dna z zeszłego roku. Przełamanie tego poziomu otwierałoby drogę ku 400 pkt. Było o co walczyć. A sytuacja była naprawdę bardzo trudna. Nie miały na to wpływu raporty makro, bo dane o inflacji w USA rynku zaniepokoić nie mogły. Obie miary inflacji (CPI i bazowa) wzrosły nieco mocniej niż tego oczekiwano (0,3 i 0,2 proc. m/m). Teoretycznie inflacją nikt się nie przejmuje, ale spadek obudziłby obawy o deflację.
 
Cała uwaga rynków skupiła się znowu na bankach. Pogłoski o zbliżającej się nacjonalizacji kilku banków w połączeniu z wygasaniem lutowych opcji (duże zaangażowanie grających na spadki) od początku dnia doprowadziło do spadku indeksów. Prawdziwy cios zadał jednak rynkowi Christopher Dodd, szef senackiego Komitetu ds. Bankowości. W wywiadzie dla telewizji Bloomberg powiedział, że być może niektóre banki będą musiały zostać znacjonalizowane na „krótki okres”. Potwierdził tym najgorsze oczekiwania graczy.
To doprowadziło do potężnej przeceny akcji Bank of America, Citigroup, Wells Fargo. Nic nie pomogło pełne oburzenia zaprzeczenia władz tych banków. Mocno tracił też, również zaangażowany na rynku finansowym General Electric. Wyprzedaż dotknęła też kolejnego kandydata do nacjonalizacji, czyli General Motors. Prawdę mówiąc rozumiem obawy posiadaczy akcji spółek, które mogą zostać znacjonalizowane, bo wejście dużego kapitału państwowego doprowadziłoby do tego, że ich akcje będą tylko ułamkiem w ogólnej ilości akcji, co pozbawi je prawie całkowicie wartości. Jednak taka nacjonalizacja uspokoiłaby sytuację w sektorze finansowym, więc dla innych spółek mogłaby być nawet korzystna. Tak więc tylko nastrojom zawdzięczamy to, że doszło do tak szerokiej przeceny.
 
Można powiedzieć, że trwała walka między obawami o nacjonalizację banków, a analizą techniczną. Nic więc dziwnego, że jak tylko indeks S&P 500 zbliżył się do poziomu zamknięcia z 20 listopada zeszłego roku to byki zaatakowały. Potem pomogła im jeszcze interwencja rządowa - Departament Skarbu poinformował, że w przyszłym tygodniu przedstawi szczegóły planu ratowania sektora bankowego. Jak pamiętamy szczegółów zabrakło w ostatnim wystąpieniu Timothy Geithnera, sekretarza skarbu, co doprowadziło wtedy do przeceny. Poza tym Biały Dom oświadczył, że prywatny system bankowy jest niezbędny gospodarce.
 
W tym momencie wydawało się, że losy sesji były już przesądzone. Kto odważy się zostać bez akcji, jeśli za parę dni trzeba będzie je kupować? Mogło jednak niepokoić to, że walka trwała do końca, a rynek nie miał siły doprowadzić do wzrostów. Jedynym plusem było to, że udało się nie przełamać wsparcia. indeksy co prawda spadły, ale znacznie mniej niż się tego obawiano i do tego rynek ma na co czekać: na plan ratunku banków (część druga).
 
GPW zareagowała w piątek na spadki indeksów w USA tak jak i inne giełdy. WIG20, po chwilowej szarpaninie na początku sesji, spadł w okolice 1.350 pkt. i od chwili tego spadku oscylował wokół tego poziomu. Skala spadków była większa niż w strefie euro, ale mniejsza niż w Budapeszcie, gdzie indeks znowu tracił prawie 8 procent. Raport kwartalny, który opublikował Pekao nie pomógł kursowi (chociaż spadek był mniejszy niż innych banków), ale trzeba odnotować, że zysk były zgodny z prognozami i bardzo solidny. W tej fazie rynku nikt nie zwraca na to uwagi, ale inwestorzy z pewnością uspokoili się tym, że ostatnie przeceny nie wynikały z chowania trupa w szafie.
 
Po okresie takiej długiej stabilizacji, na pół godziny przed rozpoczęciem sesji w USA, nastąpił atak zleceniami koszykowymi i WIG20 błyskawicznie zwiększył skalę spadku do ponad 4,5 procent. Tyle, że to nie było wszystko. Zamiast fixingu cudów obserwowaliśmy kwadrans cudów. W ostatnich 15 minutach wykorzystane zostało to, że aktywność rynku jest niewielka (obrót bardzo mały) i (również) zlecenia koszykowe zapędziły WIG20 nad kreskę. Fixing jednak pozwolił na w miarę przyzwoite zakończenie (wzrost wyglądał po prostu głupio), bo WIG20 spadł o 1,6 proc. Podobnie wyglądały ostatnie minuty w Pradze i Budapeszcie, więc należy zakładać, że była to skoordynowana akcja kapitału zagranicznego, który prowadzi w tym regionie swoje gierki. Takie zamknięcie niczego w obrazie rynku nie zmienia. Jednak byki mogą (i powinny) pójść za ciosem i kontynuować odrabiane strat z zeszłego tygodnia.
09:47, piotr.kuczynski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lutego 2009
Roubini zapowiada upadek jakiegoś banku centralnego

W USA czwartek był kolejnym dniem, w którym gracze starali się oddalić indeks S&P 500 od minimów z zeszłego roku (i od linii szyi kilkunastoletniego podwójnego szczytu). Znowu okazało się to być zbyt trudnym zadaniem. Indeksy spadły i znacznie zbliżyły się do kluczowego wsparcia. Nie ułatwiały bykom życia dane makro. Były, jak zwykle ostatnio, słabe. Dane o tygodniowej zmianie na rynku pracy były gorsze od oczekiwań (627 tys. nowych wniosków o bezrobocie w ostatnim tygodniu). Publikowany pół godziny po rozpoczęciu sesji indeks Fed z Filadelfii (pokazuje, jaka jest sytuacja w regionie) spadł zdecydowanie mocniej niż tego oczekiwano (z – 24,3 pkt. do – 41,3 pkt.).

Rynek akcji rozpoczął sesję wzrostem, co było niczym innym jak próbą ucieczki znad krawędzi przepaści, czyli poważnego wsparcia. Okazało się to jednak, że popyt jest zbyt słaby. Owszem, rosły ceny akcji w sektorach surowcowych (szczególnie w sektorze paliwowym). Jednak po środowej sesji Hewlett-Packard opublikował raport kwartalny z prognozami gorszymi od oczekiwań, co przeceniło akcje tej spółki i szkodziło sektorowi wysokich technologii. Najmocniej jednak traciły akcje spółek sektora finansowego. Liderami spadków były banki (szczególnie Bank of America i Citigroup). Gracze boją się coraz bardziej o ich nacjonalizację. Niewykluczone, że obawy zwiększyły tajemnicze sformułowania z blogu Nouriel Roubiniego. De facto zapowiedział on, że kłopoty czekają jakiś (niezidentyfikowany) bank centralny.

Indeks S&P 500 w ostatniej godzinie sesji zaatakował wsparcie, czyli linię szyi 12. letniego podwójnego szczytu. Natychmiast od niej odskoczył, bo zbyt mało było impulsów, które mogłyby doprowadzić do przełamania tak ważnego wsparcia. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że rynek zbliżył się do krawędzi przepaści, a nastroje są wręcz fatalne. Tylko technika, czyli atak dużego popytu przy wsparciu może zatrzymać dużą przecenę.

W Polsce nadal wpatrywaliśmy się w rynek walutowy. Złoty od rana zyskiwał do wszystkich walut. Wynikało to z trzech czynników. Po pierwsze Ministerstwo Finansów zapowiedziało, że nadal może wymieniać euro na rynku, co było interwencją słowną, ale bardzo skuteczną, po środowym uderzeniu. Drugim czynnikiem był całkiem poważny wzrost kursu EUR/USD (sygnalizował wzrost apetytu na ryzyko). Trzecim, bardzo interesującym, była informacja o wycofaniu się Goldman Sachs z gry na złotym i na koronie czeskiej. GS jest bardzo ostrożny, więc po prostu, mówiąc obrazowo, nie chce się kopać z koniem. Widzi, że rząd wszedł do gry, więc wycofał się z zyskiem i zapewne szuka nowej ofiary.

Goldman Sachs się wycofał, ale nie on jeden jest na świecie, a zachowanie złotego w drugiej części dnia pokazuje, że są chętni do przetestowania siły i determinacji rządu. Po godzinie 16.00, kiedy rynek staje się z każdą chwilą płytszy i kiedy coraz mniejsza staje się możliwość interwencji rządowej (a może nawet ktoś wie, ze jest to z jakichś powodów niemożliwe), kursy walut szybko poszły na północ. Kurs EUR/PLN wrócił do poziomu środowego zamknięcia, a kurs USD/PLN odrobił większość czwartkowych strat.

    Nie winiłbym za ten zwrot naszych danych makro, mimo że były słabe i trochę mogły się przysłużyć grającym na osłabienie złotego. Nikt nie przejął się danymi o inflacji w cenach produkcji (PPI), ale specjalnie się cieszyć z nich nie można. Oczekiwano, że spadnie z 2,6 do 2,2 proc., a tymczasem wzrosła do 3 procent. To już skutek słabego złotego. Dużo gorzej wyglądała produkcja. Oczekiwano, że spadnie o 11,5 procent, a tymczasem spadła aż o 14,9 proc. Dane potwierdzają, że sytuacja jest dużo gorsza niż się oczekuje.

GPW od rana podążała w czwartek śladem złotego. Bardzo niemrawe wzrostu indeksów na innych giełdach były całkowicie lekceważone. Już po godzinie handlu indeks WIG20 rósł o ponad 3 procent. Wtedy to ruszyły mocniej na północ indeksy innych giełdach, a to dodatkowo pomogło GPW. Skala wzrostu WIG20 przekroczyła 5 procent. Oczywiście najmocniejsze były odbijające po przecenie banki (pod wodzą Pekao i PKO BP, na których skupiła się lwia część popytu). Nawet wtedy, kiedy w Eurolandzie indeksy już wyraźnie się osuwały u nas WIG20 utrzymywał ponad 4 procent wzrostu. Najwyraźniej rynek akcji wpatrzony był w to, co działo się na rynku złotego.

Martwić mogło jednak to, że po pierwsze spadł obrót, a po drugie skoncentrowany był na paru spółkach (przede wszystkim bankach). Kupowały zapewne OFE, bo kto inny mógł kupować? Zagranica po złej prasie, którą zrobiły nam renomowane gazety, długo do nas nie zawita. TFI nie mają pieniędzy. Tylko OFE mogły kupować i zapewne napełniały portfele. Nie znaczy to oczywiście, że nadal będą kupowały. Te fundusze nie „ciągną” rynku.

09:56, piotr.kuczynski
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 lutego 2009
Raport agencji Moody's zatrząsł światem finansów

We wtorek indeksy europejskie nadal spadały. Duże wrażenie wywarł na rynkach raport agencji ratingowej Moody’s Investors Services. Ostrzegano w nim przed pogorszeniem wyników finansowych i obniżeniu ratingów banków w Austrii, Włoszech, Francji, Belgii, Niemczech i Szwecji. Banki z tych krajów (za pośrednictwem swoich banków – córek) kontrolują 84 procent rynku kredytowego w Europie Wschodniej, której gospodarka jest w poważnych opałach. Sesje zakończyły się blisko poziomów minimalnych (i coraz bliżej listopadowego dna).

Można było mieć nadzieję, że po 3 dniach długiego weekendu Amerykanie powrócą w niezłych nastrojach na rynek. Bardzo często, wręcz najczęściej, gracze w USA lekceważą to, co dzieje się w Azji czy w Europie. Nie tym razem jednak. Przecena sektora finansowego w Azji i Europie przeniosła się również na rynki amerykańskie. Pomagało niedźwiedziom to, że nadal nie dotarły na rynek informacje o szczegółach planu ratowania banków amerykańskich. Szkodził też cenom akcji kolejny skandal. SEC (komisja papierów wartościowych) oskarżyła spółkę Stanford Financial Group o wielomiliardowe oszustwo. To już kolejny taki przypadek.

Indeksy już po 30 minutach traciły po 4 procent. Od tego momentu weszły w trend boczny. Czekano jak zwykle na końcowe minuty sesji, kiedy to bardzo często dochodzi od decydującej rozgrywki, która może zmienić obraz całej sesji. Odpowiedź na jedno pytanie było najważniejsza: czy uda się ocalić miesięczny trend boczny, czyli zakończyć sesję ponad poziomem 804 pkt.? Nie udało się. Wyłamanie otwiera drogę do 780 pkt. (szyja dużej formacji podwójnego szczytu, a potem do 740 pkt. – dołek z listopada. Potwierdzenie przełamania 780 pkt. otwierałoby drogę ku 400 pkt.

W Polsce we wtorek od rana złoty kontynuował przecenę. Spadek kursu EUR/USD i raport agencji ratingowej Moody’s Investors Services przedłużyły panikę, co zaowocowało testowaniem przez EUR/PLN szczytu z 1 marca 2004 (4,9426 PLN). Kurs zbliżył się na odległość 2 groszy do tego poziomu, po czym odskoczył jak oparzony. Była to normalne reakcja psychologiczna – realizacja zysków pobliżu ważnego poziomu. Z całą pewnością wpływ miała też wypowiedź wicepremiera Grzegorza Schetyny. Powiedział on, że Rada Ministrów będzie rozmawiała o problemach złotego. Stwierdził też, że rząd „na pewno” będzie reagował. Można się tylko dziwić (i niepokoić), że reakcja była tak słaba. Wyglądało to tak jakby rynek nie wierzył w to, że rząd podejmie decyzję o takiej interwencji lub zakładał, że nic ona nie da.

Potwierdzało też tezę popołudniowe zachowanie rynku, kiedy to kurs EUR/PLN znowu atakował rekord. Dopiero konferencja premiera Donalda Tuska, który powiedział, że rząd będzie interweniował, jeśli kurs EUR/PLN przełamie poziom 5 złotych, zmusiła rynek do korekty, która jednak trwała tylko kilkanaście minut. Pierwszy raz w życiu widzę, żeby ktoś mówił o poziomie, na którym będzie interweniował. Zawsze moment uderzenia zachowuje się w tajemnicy – to ma być niespodzianka, dlatego, żeby interwencja mocniej wpłynęła na rynek. Ogłaszanie poziomu prowokuje graczy do testu i sprawdzenia siły interwencji, a to nakłada na interweniującego obowiązek użycia dużych środków i bardzo różnie może się skończyć. Wydaje się, że premier po prostu nie chce interweniować i ma nadzieję, że rynek sam, pod wpływem jego słów spod 5 zł. zawróci. Ten rząd ma sporo szczęścia, więc kto wie?

Polski rynek akcji też przeżywał we wtorek kolejne trudne chwile. Sesja rozpoczęła się od kolejnego, blisko czteroprocentowego spadku WIG20. Potem, do około godziny 11.00 straty były nieśmiało redukowane, ale od tego momentu zaczął się powolny zjazd połączony z testowaniem sesyjnych minimów. Nadal fatalnie zachowywały się akcje banków (szczególnie Pekao o Getin). Po upublicznieniu raportu Moody’s Investors Services takie zachowanie tego sektora nie mogło dziwić. KGHM na początku sesji usiłowała ratować rynek, ale spadek cen miedzi wymusił spadek ceny również tych akcji.

Po publikacji danych z USA WIG20 zwiększył skalę spadku do ponad 5 procent, a fatalne rozpoczęcie sesji w USA i nasz fixing doprowadziło do olbrzymiej przeceny – spadku WIG20 o 7,5 procent. Kierunek indeksów potwierdzony został przez wyraźny wzrost obrotów. Przez tę przecenę WIG20 dotarł do poziomu z połowy 2003 roku. Praktycznie wymazał już całą hossę. Indeks jest już blisko poziomu 1.300 pkt., który to poziom zapowiadała analiza techniczna. Takich nastrojów nie da się odwrócić w parę dni.

10:00, piotr.kuczynski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 lutego 2009
Ucieczka z polskich aktywów
W poniedziałek brak sesji w USA ograniczył aktywność inwestorów, ale nastroje były słabe. Brak działań grupy G7, kolejny, duży spadek PKB w Japonii i słaba piątkowa sesja w USA zmniejszały chęć do kupa na akcji. Indeksy spadały, ale o mniej niż jeden procent. Wydawało się nawet, że indeksy spadną jedynie kosmetycznie, ale w ostatniej godzinie sesji inwestorzy już całkiem rynek „odpuścili”. Jednoprocentowe spadki należy uznać za objaw wyczekiwania na powrót Amerykanów.

Brak graczy amerykańskich sprowadził marazm również na rynek walutowy i surowcowy. Kurs EUR/USD stabilizował się na nieco niższym poziomie niż w piątek, ale oczywiście do wyłamanie z miesięcznego trendu bocznego nie doszło. W handlu elektronicznym spadła nieco cena ropy i miedzi, ale zdrożało złoto. Wszystkie te ruchy nie mają na dzisiaj najmniejszego znaczenia.

W nocy, zupełnie nieoczekiwanie, przez rynki azjatyckie przeszła fala wyprzedaży ściągająca w dół EUR/USD (poniżej 4 tygodniowego wsparcia). Mimo tego od rana mocno drożeją surowce (ropa o kolejne 10 procent). Powodem wyprzedaży akcji i upadku euro jest nie tylko rezygnacja japońskiego ministra finansów. Również, a może przede wszystkim, zaniepokoił rynki raport Moody's Investor Service. Analitycy tej firmy twierdzą, że kraje Europy Wschodniej ( Węgry, Chorwacja, Rumunia, Bułgaria) będą miały olbrzymie problemy, co bardzo zaszkodzi ich sektorowi bankowemu. To z kolei przeniesie się do banków – matek, czyli dużych banków europejskich. Stąd taki upadek euro. Nastroje przeniosły się na kontrakty amerykańskie (mocno rano spadały), ale Amerykanie nie muszą podporządkować się nastrojom z reszty świata.

W Polsce, w poniedziałek złoty ani myślał się umacniać. Wręcz przeciwnie – doszło do kolejnej przeceny. Fatalne dane z Węgier (spadek produkcji przemysłowej w grudniu o 23,3 proc. r/r) połączony z medialnymi informacjami o kłopotach i zadłużeniu Europy środkowej przełożyły się na osłabienie walut regionu, ale najsłabszy znowu był złoty. Waluty Czech i Węgier straciły po około dwa procent, a złoty po 4 do 5 procent. Nie mógł też złotemu pomóc raport NBP o przyjęciu euro. Nie było w nim żadnych rewolucyjnych stwierdzeń, a z pewnością nie takie, o których rynek by nie wiedział. Jednak opinia na temat wejścia do ERM2 („trudno zaleźć argumenty ekonomiczne rekomendujące przystąpienie do tego mechanizmu w obecnych warunkach”) była doskonałym pretekstem wzmacniających siłę graczy chcących osłabienia złotego.Już przed południem kurs EUR/PLN atakował poziom 4,78 PLN, a USD/PLN 3,74 PLN, a po południu kursy rosły nadal. Zakończenie dnia z euro po 4,83, dolarem po 3,79 i frankiem po 3,26 można uznać za finał dnia panicznej wyprzedaży. Zaczyna to wyglądać tak jakby grający na osłabienie złotego zaczęli się śpieszyć.

Niedawno premier Tusk ostrzegał, że Polska może zacząć wymieniać zaliczki na środki unijne bezpośrednio na rynku walutowym - to byłby rodzaj interwencji, który błyskawicznie wzmocniłby złotego (choć nie wiadomo na jak długo). Być może gracze testują cierpliwość rządu polskiego. Ma to sens, bo pozwala w krótkim czasie zarobić mnóstwo pieniędzy. Obawiam się, że bez użycia tej broni będziemy mogli mówić jedynie o korekcyjnym wzmocnieniu. Potrzebna jest też pomoc NBP. Jeśli nie interwencja to choćby zaprzestanie składania nierozsądnych deklaracji, że nie będzie się interweniowało. Trzeba pamiętać o tym, że szybko słabnący złoty pomaga eksporterom, ale może doprowadzić do naszej wersji kryzysu finansowego (o tym niżej)

GPW w poniedziałek potwierdziła kolejny raz, że jest chyba najsłabszą giełdą na świecie. Reakcją na niewielkie spadki indeksów w Europie była już przed południem prawie 3 procentowa przecena WIG20 (skończyło się spadkiem o 3,8 proc.). Odnotować trzeba, że w tym czasie węgierski BUX tracił tylko jeden procent. Potem jednak i ten ostatni indeks się „posypał”, co (przy spokoju emanującym z rynków rozwiniętych) sygnalizowało, że inwestorzy uciekają z rynków Europy Centralnej. Najgorsze było to, że nie widać było u nas obrony rynku (mały obrót) wydanego całkowicie na pastwę arbitrażystów i graczy na rynku kontraktów.

Najgorzej zachowywały się akcje banków. Przecena tam był naprawdę poważna. Dlaczego? Częściowo ze starego powodu: niechęci do sektora, oczekiwania, że spadek aktywności gospodarczej ograniczy zyski i w końcu obawy o to, że słabnący złoty doprowadzi do lawinowego zwiększenia ilości złych kredytów (nie tylko wśród kredytobiorców hipotecznych, ale i w sektorze przedsiębiorstw). To ostatnie nie dotyczy jednak Pekao SA, który takich kredytów hipotecznych nie udzielał, a jednak kurs tego banku tez gwałtownie spadał. Najlepiej zachowywały się drożejące o ponad 3 procent akcje KGHM (dla eksportera taki upadek złotego to prezent).

Indeks WIG20 bez problemów wyłamał się dołem z kanału trendu bocznego obowiązującym od listopada zeszłego roku. To poważny sygnał sprzedaży, ale niepotwierdzony obrotem. Coraz bardziej wygląda jednak na to, że wyłamanie dołem z trójkąta rzeczywiście zapowiadało spadek w okolice 1.300 pkt.
09:31, piotr.kuczynski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 lutego 2009
Wynik szczytu G7 nie pomoże rynkom
W piątek giełdy europejskie od rana reagowały na to, co działo się poprzedniego dnia na rynkach amerykańskich. Przypomnijmy, że tam indeksy do ostatniej godziny handlu mocno spadały (S&P 500 ponad 3 procent), ale szarża byków w ostatnich 60 minutach doprowadziła do pozytywnego zamknięcia. Uzasadniano ten wzrost informacjami Reutersa, który twierdził, że administracja USA szykuje plan pomocy kredytobiorcom hipotecznym. Prawda jest jednak taka, że był to jedynie pretekst do zwrotu. Indeks S&P 500 utrzymuje się od czterech tygodni w kanale trendu bocznego, a w piątek testował jego dolne ograniczenie, co wymusiło realizację zysków z krótkich pozycji.

Europejczycy przyjęli pretekst za powód i zaczęli (tak jak Amerykanie) kupować akcje banków. Za nimi poszły inne sektory, co doprowadziło do wzrostu indeksów o ponad dwa procent. Nawet bardzo złe dane makro nie ochłodziły nastrojów. Odnotować jednak trzeba, że w Niemczech PKB w 4. kwartale spadł najmocniej od 22 lat (o 2,1 proc. kw/kw), we Francji najmocniej od 31 lat (1,2 proc.), mocniej od prognoz spadł tez PKB całej strefy euro (1,5 proc.). Jak widać recesja nadal rozwija się szybciej niż tego oczekiwano. W drugiej połowie sesji nastroje się jednak stopniowo pogarszały, co doprowadziło do zakończenia sesji niewielkimi jedynie wzrostami.

Zachowanie rynków amerykańskich niespecjalnie pomagało Europejczykom, bo w czasie, kiedy oni sesje kończyli w USA indeksy zaczęły się już osuwać. Nastroje psuły też dane makro (kolejny spadek indeksu nastroju Uniwersytetu Michigan). W USA gracze oczekiwali w piątek wzrostu indeksów, czyli kontynuacji czwartkowego zwrotu. Nie było to jednak takie proste i po początkowych wzrostach indeksy do godziny 19.00 spadały. Pogarszały nastroje zarówno dane makro jak i nieoczekiwana weryfikacja (w dół) raportu kwartalnego Wells Fargo oraz większa od oczekiwań strata brytyjskiego banku Lloyds.

Jednak właśnie od 19.00 byki znowu zaatakowały (wcześniej niż w czwartek). Pomagała im rosnąca o ponad 9 procent cena ropy (obrona wsparcia). Pretekstem było też przyjęcie przez Izbę Reprezentantów planu pomocy gospodarce (praktycznie w zmodyfikowanej przez Senat wersji – 787 mld USD). Potem, w nocy naszego czasu, tę wersję powtórnie przyjął Senat i została ona skierowana do podpisu prezydenta. To było tylko pretekstem do kupna akcji, bo wszyscy przecież wiedzieli, że plan zostanie przyjęty. Poza tym przed szczytem G7 (weekend), podczas którego sekretarz skarbu Timothy Geithner miał zażądać od liderów G7 podjęcia zdecydowanych kroków trudno było oczekiwać przeceny. Również przed długim weekendem i po nieudanym kolejnym ataku na wsparcie popyt stał się bardziej zdecydowany. Skala spadków został znacznie zredukowana, ale nie udało się zakończyć sesji wzrostem. Trend boczny nadal obowiązuje, ale do wyłamania jest już blisko.

Dzisiaj giełdy w USA nie pracują (George Washington Birthday), a w kalendarium brak jest istotnych danych makro. To powinno zaowocować marazmem na wszystkich giełdach, ale nie wiemy, czy nie pojawi się coś nowego, co rynkami poruszy. Na przykład The Wall Street Journal w czasie weekendu poinformował, że General Motors rozważa bankructwo i przekształcenie się w nową spółkę. GM do wtorku, tak jak i Chrysler, miał przedstawić plan naprawczy, który przekona administrację, że pomoc finansowa jest uzasadniona. Jeśli wystąpi o ochronę przed roszczeniami wierzycieli to co prawda ułatwi program restrukturyzacyjny, ale nie wydaje mi się, żeby to się graczom spodobało.

Wydarzeniem mocno wpływającym na rynki nie będzie z pewnością weekendowy szczyt G7. Jak zwykle ograniczono się tam do pustosłowia. Bo czym, jak nie pustosłowiem jest zapewnie, że w 2009 roku kryzys będzie się nasilał, a „walka z recesją będzie priorytetem”? Zapowiedziano też „skrupulatne” monitorowanie kursów wymiany, czyli w zawoalowany sposób pogrożono możliwością interwencji, bo po co monitorować, jeśli się o interwencji nie myśli? Tyle tylko, że tak słabe ostrzeżenie nie będzie nawet zauważone. G7 postanowiła też przeciwdziałać protekcjonizmowi, co jest chwalebne tyle, że niemożliwe do wykonania. Wtedy, kiedy kraj jest w kryzysie protekcjonizm w demokracji, jest nie do uniknięcia, bo rządy, jeśli chcą przetrwać, muszą dbać o lokalne społeczeństwa. Włosi twierdzą też, że G7 uzgodniła, iż zaangażuje się w tworzenie "nowych reguł" światowego porządku gospodarczego, ale to już jest naprawdę tylko „lip service”, który nie będzie miał na razie (dopóki nie dojdzie do katastrofy) kontynuacji.

Polskie rynki w ostatnich 3 tygodniach były nadal bardzo słabe. Koniec ostatniego tygodnia niczego nie zmienił. Po czwartkowym osłabieniu złoty rozpoczął piątek od korekcyjnego umocnienia. Słabość naszej waluty była jednak widoczna gołym okiem, bo już przed 10.00 kursy walut ruszyły w stronę czwartkowego zamknięcia. W bardzo małym stopniu wpływało na nasz rynek zachowanie kursu EUR/USD. Zresztą nie było to nic nowego, bo od końca stycznia kurs ten pozostaje w trendzie bocznym, a w tym samym czasie EUR/PLN wzrósł o prawie 7 procent. Dzień kończyliśmy na poziomach zbliżonych do czwartkowego zamknięcia, co pokazuje, że złoty nadal jest bardzo słaby.

Nie pomagał naszej walucie wywiad ministra Rostowskiego dla „Gazety Wyborczej”, w którym powiedział on wiele ciekawych rzeczy, Między innymi minister nadal upiera się, że nie będzie zwiększał deficytu budżetowego nawet za cenę podniesienia podatków. Po drugie wyraźnie zaakceptował już to, że PKB nie wzrośnie więcej niż o 1,7 procent – dopuszcza też dużo niższy wzrost. Po trzecie twierdzi, że kryzys na świecie może potrwać 5 -7 lat (skąd to nagłe przejście z super-optymizmu do super-pesymizmu), ale polska gospodarka będzie rosła. Takim stwierdzeniem znowu sprowadza Polskę do roli wirtualnej oazy szczęśliwości. Nie ma bowiem takiej możliwości, żeby tak długi kryzys nie doprowadził w końcu w Polsce do recesji.

GPW w piątek ruszyła śladem giełd europejskich. Też, tak jak na innych giełdach, indeksy rosły, chociaż skala wzrostów, a szczególnie ich jakość (obrót) była zdecydowanie mniejsza, co nadal pokazywało relatywną słabość naszego rynku. Liderem wzrostu była KGHM (nie do końca), która już października zeszłego roku kontynuuje ruch w kanale trendu wzrostowego o niewielkim nachyleniu. Ciekawie zachował się kurs Millenium. Mimo bardzo słabego raportu kwartalnego (duży i do tego większy od oczekiwań spadek zysku) akcje zmieniały się nieznacznie. Być może to jest sygnał pokazujący, jaka będzie reakcja na publikowane w drugiej połowie lutego raporty kwartalne naszych spółek.

Chęć kupna akcji była jednak generalnie niewielka. Już przed południem WIG20 zaczął się osuwać i zakończył dzień kosmetycznym spadkiem. Kolejny raz swoją siłę pokazał MWIG40 rosnąc o 0,4 proc. Ten indeks zachowuje się coraz lepiej. Widać wyraźnie, że fundusze zaczynają próbować grać akcjami ‘Misiów”. Generalnie obrót był niewielki, co wagę tej sesji znacznie obniża. Dzisiaj powinno być podobnie (brak jest sesji w USA), ale nie można wykluczyć żadnego scenariusza, bo na małych obrotach można wykreować każdy scenariusz. Nadal jednak obowiązują sygnały sprzedaży (oprócz MWIG40).
09:42, piotr.kuczynski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 stycznia 2009
Timothy Geithner w centrum uwagi

Środowa sesja w USA mogła odpowiedzieć na pytanie, czy przewaga niedźwiedzi jest naprawdę druzgocząca, czy też jednak nadzieje na pomoc nowej administracji zaczną zmieniać nastroje inwestorów. Był to dzień dosyć szczególny, bo prezydent Barack Obama miał się spotykać się ze swoim zespołem doradców ekonomicznych, a przed komisją Kongresu pojawił się Timothy Geithner, najprawdopodobniej nowy sekretarz skarbu. Jego wypowiedzi mogą były pilnie obserwowane. I to właśnie one po pół godzinie wygasiły początkowy optymizm.

Kandydat na stanowisko sekretarza skarbu powiedział, że Barack Obama pracuje nad nowym pakietem ratunkowym, który zmodyfikuje plan pomocy dla banków, pomoże rynkowi kredytów hipotecznych, konsumpcyjnych i municypalnych. Powiedział też jednak, że plan ten zostanie przedstawiony „za kilka tygodni”, a przecież rynek oczekiwał go jak kania dżdżu. Spodziewano się, że zostanie przedstawiony za kilka dni. To musiało rozczarować wielu inwestorów. Geithner nie przedstawił tez żadnych szczegółów, co też się nie spodobało. Poza tym obawiano się trochę, że kandydat nie zostanie zatwierdzony przez Komisję, bo zarzucano mu nieprawidłowości podatkowe z okresu, kiedy pracował dla MFW w latach 2001 – 2003 (publicznie za to przeprosił). Głosowanie Komisji Kongresu odbyć się ma w czwartek. Potem zatwierdzić go musi jeszcze Senat. Wydaje się prawie pewne, że Geithner nominację dostanie, ale „prawie” na rynkach finansowych robi szczególnie dużą różnicę, więc nastrojów to spotkanie z komisją poprawić nie mogło.

Najbardziej interesujące było oczywiście zachowanie rynku akcji. Po 2,5 godzinach od rozpoczęcia sesji indeks S&P 500 dotkną poziomu wtorkowego zamknięcia i wydawało się, że niedźwiedzie znowu zatryumfują. Miały parę atutów w rękach. Na przykład dane makro były bardzo słabe. W styczniu indeks rynku nieruchomości podawany przez NAHB odnotował kolejny niechlubny rekord wszechczasów spadając do poziomu 8 pkt. To jednak gracze totalnie zlekceważyli. Ze spółek jednak nadchodziły niedobre informacje. United Technologies poprawił wyniki z zeszłego roku. Były one zgodne z prognozami, jeśli chodzi o zysk, ale gorsze, jeśli chodzi o przychód i kurs spadał. Bardzo zły wynik miał BlackRock. Mocno tracił General Motors, który po dał słabe wyniki sprzedaży. Poza tym Pacific Investment Management (PIMCO), największy na świecie fundusz obligacji wycofał się z grupy negocjującej restrukturyzację długów GM. Jedynym sporym plusem było to, że wyniki kwartalne i prognozy IBM były zdecydowanie lepsze od oczekiwań.

Jednak jak tylko rynek odchorował zawód wywołany spotkaniem Timothy Geithnera z komisją to indeksy zaczęły powoli, ale nieustępliwie kierować się na północ. Zapowiedź pomocy sektorowi bankowemu (mimo, że nie natychmiastowa) zachęciła do kupna głęboko przecenionych akcji. IBM drożejąc pomagał sektorowi technologicznemu, a duży wzrost ceny ropy pomagał sektorowi surowcowemu. Pisałem w środę rano: Pytanie tylko czy będzie niewielkie (tzw. „ząbek” w trendzie spadkowym), czy indeksy wzrosną na przykład o 4 procent, co dałoby bykom oręż do ręki. Okazało się, że zrealizowany został optymistyczny scenariusz, co wprowadza byki znowu do gry, ale nie daje pewności kontynuacji wzrostów.

GPW rozpoczęła środową sesję od oczekiwanej po przecenie na Wall Street przeceny. Niedźwiedziom pomagało też ostrzeżenie BRE, który poinformował, że osiągnięty przez niego w czwartym kwartale zysk będzie dużo niższy od oczekiwań. To miało piorunujący wpływ na sektor bankowy. Kursy akcji banków mocno spadały – liderem był oczywiście właśnie BRE. WIG20 tracił już nawet ponad 3 procent, ale poprawiające się przed południem nastroje na innych giełdach zaczęły pomagać bykom. Od południa właśnie na rynku zapanował marazm, a WIG20 rysował linię poziomą tuż nad 1.600 pkt. Była ona jednoczenie linią szyi formacji odwróconej RGR.

Po pobudce w USA indeksy ruszyły na północ w pełni kształtując tę formację i generując sygnał kupna. Od godziny 14.00 indeksy już tylko rosły. W gronie liderów były nawet dwa banki (Pekao i PKO BP). Bardzo silny był też PGNiG. Ta ucieczka znad przepaści i oczekiwanie mocnego odbicia w USA znacznie zwiększyły obrót i doprowadziły do wzrostu WIG20 o 2,2 procent. Sesja pokazała, że są siły zdolne bronić GPW przed przełamaniem wsparcia. Nie musi zapowiadać dalszych wzrostów, ale zwiększa szansę na wypracowanie trendu bocznego.

09:39, piotr.kuczynski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 grudnia 2008
Senat USA może zablokować pomoc dla GM i Chryslera

W środę dziwne rzeczy działy się na rynkach finansowych. Przede wszystkim na początku cieszono się z porozumienia Demokratów z Białym Domem. W ramach tego porozumienia producenci aut (GM i Chrysler, bo Ford może trochę poczekać) mieli dostać szybki kredyt. Warunki udzielenia tej pomocy były bardzo surowe i dawały szanse na odzyskanie wyłożonych pieniędzy. Wydawało się, że sprawa jest przesądzona, a Izba Reprezentantów Kongresu przegłosuje odpowiedni akt prawny w środę po południu.

Potem jednak sprawy zaczęły się komplikować, bo senatorowie z Partii Republikańskiej poinformowali, że zrobią wszystko, co w ich mocy, żeby odwlec podjęcie decyzji przez Senat. Żeby zablokować procedury spowalniające potrzeba 60 głosów, a tylu Demokraci nie mają. Pojawiła się niepewność i wszystko kręciło się właśnie wokół tej sprawy, bo innych, ważnych informacji rynek nie dostał. Przypomina mi to jako żywo dyskusje i głosowanie w sprawie programu TARP. Jak pamiętamy został w pierwszym głosowaniu odrzucony, indeksy się zawaliły i politycy szybciutko program przyjęli. Czyżby chodziło im o powtórkę z „rozrywki"?

Ruchy indeksów giełdowych były wręcz szalone. Czekano na głosowanie w Izbie Reprezentantów s prawie producentów aut. Indeksy rosły w połowie sesji o ponad 2 procent, ale osiągnąwszy ten szczyt zaczęły się osuwać i na 1,5 godziny przed końcem sesji zabarwiły się na czerwono. Gracze bali się, że Senat naprawdę zablokuje pomoc dla GM i Chryslera. W końcówce sesji ceny akcji GM i Chryslera zaczęły się podnosić, a wraz z nimi indeksy giełdowe. Przeważyła niechęć do pozbywania się akcji przed pozytywną decyzją Izby Reprezentantów. Wtorkowe spadki zostały w części skorygowane, a sesja nie ma znaczenia prognostycznego.

Po zakończenie handlu posesyjnego Izba Reprezentantów przegłosowała ustawę o ratowaniu koncernów samochodowych. Awaryjna pożyczka z budżetu w wysokości 14 miliardów USD ma zostać udzielona w przyszłym tygodniu. Problem jednak w tym, że senatorowie z Partii Republikańskiej nadal chcą zastosować dozwolone procedury opóźniające przyjęcie tej ustawy. Żeby zablokować tę ich akcję potrzeba 60 głosów, a tylu Demokraci nie mają. Teoretycznie głosowanie w Senacie ma mieć miejsce dzisiaj, ale wcale nie musi tak się stać. To nie sprzyja wzrostom indeksów.

Z powodu licznych obowiązków kończę tym wpisem moją działalność na tym blogu. Zapraszam na strony Xelion i Stooq.pl

 

 

08:31, piotr.kuczynski
Link Komentarze (10) »
środa, 10 grudnia 2008
USA pomogą producentom aut

Wydawało się, że w USA we wtorek niedźwiedzie będą od początku dnia górą. Przecież po poniedziałkowej sesji ostrzeżenia o mniejszych od oczekiwań zyskach lub/i przychodach wyemitowały: Texas Instruments, FedEx, Broadcom i National Semiconductor. Okazało się jednak, że gracze większość tych ostrzeżeń zlekceważyli. Więcej nawet - doszli do wniosku, że oczekiwali gorszych informacji i ceny akcji Texas Instruments i Broadcom mocno rosły. Tylko FedEx bardzo ucierpiał.

Dane makro też pomagały bykom. Okazało się, że w październiku na rynku wtórnym podpisano o 0,7 procent mniej umów kupna domów, a oczekiwano, że będzie mniej o 2,3 procent. Ten raport jest co prawda bardzo mało wiarogodny (w ciągu miesiąca można się wycofać, a poza tym nie mówi nic o cenach), ale oczywiste jest, że obóz byków starał się go wykorzystać.

Indeksy giełdowe od początku sesji dynamicznie rosły. Szczególnie mocny był NASDAQ (mimo tych wszystkich ostrzeżeń ze spółek). Jednak po dwugodzinnym wzroście indeksy wpierw zaczęły się osuwać, a potem zanurkowały. Traciły między innymi spółki sektora surowcowego i producenci aut (zbliża się rozwiązanie, ale rynek chwilowo przestał to dyskontować). Na 1,5 godziny przed końcem sesji indeks S&P 500 tracił już 2,5 procent. Potem rozgorzała wzięta walka, a indeksy wędrowały szybko raz w jednym, raz w drugim kierunku. Skończyło się na wygranej niedźwiedzi. Indeks S&P 500 spadł o 2,3 procent, czyli umiarkowanie (jak na obecne czasy). To była tylko oczekiwana korekta, a nie zmiana trendu.

W nocy Azja się amerykańskim spadkiem w ogóle nie przejęła. Wystarczył pretekst w postaci osiągnięcia zgody między Demokratami, a Białym Domem w sprawie szybkiej i wstępnej pomocy producentom aut (15 mld USD), żeby ceny surowców i indeksy w Azji gwałtownie ruszyły do góry. Dzisiaj Izba Reprezentantów Kongresu podejmie decyzję w tej sprawie. Potem zajmie się nią Senat. Mówię o pretekście, a nie o prawdziwym powodzie, bo przecież każdy logicznie myślący człowiek wiedział, że GM i Chrysler dostaną to krótkoterminowe wspomaganie (Ford ponoć może poczekać). Rynki jednak czasem dyskontują po kilka razy tę samą sprawę, taka ich uroda.

08:20, piotr.kuczynski
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 grudnia 2008
W kierunku 1000 punktów na S&P 500

Niewiele da się powiedzieć o poniedziałkowej sesji w USA. Już w czasie weekendu liczne źródła twierdziły, że Demokraci porozumieli się z rządem w sprawie tymczasowej pomocy dla producentów aut. W poniedziałek mówiono, że w zasadzie wstępna pomoc w wysokości 15 mld USD jest rzeczą pewną. To już był olbrzymi pozytyw podnoszący kursy akcji producentów samochodów o kilkanaście procent. Poza tym, jak zwykle ostatnio, pojawienie się Baracka Obamy wywołało euforię. Podczas weekendowych wystąpień w radiu i telewizji zapowiedział, że jego program inwestycji w infrastrukturę będzie największy od czasów administracji Eisenhowera. Ma on zwiększyć zatrudnienie o 2,5 miliona osób.

Tak naprawdę jednak to najważniejsza była piątkowa sesja, podczas której rynek zlekceważył fatalne dane z rynku pracy. Obudziła ona w większości graczy przekonanie o zakończeniu bessy. Może nie wszyscy z optymistów uważają, że to jest już koniec końców (ja na przykład mam duże wątpliwości), ale większość jest przekonana, że nadszedł lepszy okres dla akcji. I z tym się zgadzam. Pisałem zresztą o tym wielokrotnie. Optymizm graczy jest tak duży, ze nawet obniżenie prognozy na 2008 rok przez 3 M (to prawdziwa "amerykańska gospodarka w pigułce") nie pogarszało nastrojów, mimo że cena akcji 3M spadała w czasie sesji nawet o sześć procent.

Indeksy od początku sesji wystrzeliły na północ, a potem, przez 5 godzin przebywały w męczącym trendzie bocznym. Dla indeksu S&P 500 dolnym ograniczeniem było 893 pkt., a górnym 910 pkt. Ostatnia godzina sesji zapowiadała się na totalne zwycięstwo byków. Pojawiła się chęć do realizacji zysków, ale czteroprocentowe wzrosty były sukcesem byków. Indeks idzie nieubłaganie w kierunku oporu w okolicach 1.010 pkt., a formacja odwróconej RGR staje się coraz bardziej prawdopodobna.

07:59, piotr.kuczynski
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 08 grudnia 2008
Bezrobocie rośnie o pół miliona? I co z tego?

W piątek gracze w USA reagowali też, podobnie jak w Europie, na miesięczny raport o amerykańskim rynku pracy. Okazało się, że rynek akcji niespecjalnie się nim przejął. Tak najczęściej przyjmuje ten właśnie raport. Odnotować jednak trzeba, że raport był dramatyczny w swojej wymowie. W listopadzie zatrudnienia w sektorze pozarolniczym zmniejszyło się o 533 tysiące miejsc pracy. Był to spadek największy od 1974 roku. Oczekiwano ubytku 340 tysięcy. Stopa bezrobocia wzrosła z 6,5 do 6,7 procent. Zauważyć trzeba, że tak potężny spadek zatrudnienia nastąpił w listopadzie, kiedy to rozpoczyna się w USA sezon przedświąteczny i tymczasowe zatrudnienie zazwyczaj mocno rośnie.

Jak zwykle całkiem zwariowane rzeczy działy się na rynku akcji. Owszem, indeksy spadały i po godzinie spadki sięgały już trzech procent, ale od tego momentu popyt spokojnie i bez przerwy podnosił ceny akcji. Nawet szkodząca sektorowi surowcowemu przecena surowców nie zatrzymała obozu byków. Powód tego rajdu? Tylko i wyłącznie technika, czyli w tym przypadku spekulacja. Po tym godzinnym spadku zarówno indeks S&P 500 jak j NASDAQ uderzyły w poziomy zbliżone do poziomu poniedziałkowego zamknięcia (przypominam, że wtedy spadły po 9 procent, a potem przez dwa dni mocno rosły), co musiało wywołać popyt do tablicy.

Wymyślanie powodów, dla których rynek zachował się tak „byczo" (indeks mocno wzrosły) nie ma specjalnie sensu. Koniec roku, nadzieje na pomoc rządu, czekanie na uratowanie sektora producentów aut itp. itd. „Oficjalne" tłumaczenie jest takie: ubezpieczyciel Hartford Financial Services podniósł prognozę, a generalnie gracze uważają, że to były najgorsze dane, a teraz już mogą być tylko lepsze. Między innymi dlatego rosły cena akcji w sektorze finansowym. Poza tym pocieszano się tym, że duże spadki ceny ropy pomogą konsumentom. To pierwsze wytłumaczenie jest bezsensowne, to drugie i trzecie ma jakiś sens, ale najważniejsza była technika.

 

08:27, piotr.kuczynski
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36